Piłsudskiego i pozostałe

Pisaliśmy wam ostatnio o ulicy Piłsudskiego. Pretekstem była okrągła, 80 rocznica śmierci marszałka. Przestawiliśmy pokrótce jej dzieje, jak się zmieniała (wraz z nazwami!), a także jakie miała i ma znaczenie dla Wrocławia. Stolica Dolnego Śląska to wielkie miasto i ulic ma tysiące. Wiele z nich ma równie ciekawe, czasem nawet ciekawsze dzieje. Opowiemy wam o kilku z nich. Posłuchajcie…

1500 ulic do wymiany

Swoje przedwojenne nazwy musiało zmienić 1500 ulic. Część z nich była zwyczajnie tłumaczona na polski (głównie nazwy historyczne, geograficzne czy topograficzne). Bo też wiele nie wzbudzało żadnego rodzaju wątpliwości. Szewska, Świdnicka, Kuźnicza. Patronimiczne miana ulic, przy których działały cechy dające im później nazwę uznano za niekontrowersyjne, a ich zachowanie miało podkreślać starożytność grodu nad Odrą. Były jednak takie, które ostać się nie mogły. Nowe, komunistyczne władze miasta, głoszące tezy o powrocie dawnych piastowskich ziem do macierzy w żaden sposób nie mogły akceptować nazw niemiecko brzmiących czy kojarzących się z przynależnością Wrocławia do innego kraju. Zniknąć musiały ulica Cesarska (przy okazji miano cesarskiego stracił również most nazywany dzisiaj Grunwaldzkim), Gutenberga (choć twórca pierwszej techniki druku nie zawinił szczególnie Polsce, to nosił zbyt niemieckie nazwisko, by mógł przetrwać jako patron ulicy, a poza tym przypominałby nieustannie o smykałce Niemców do wynalazczości) i setki im podobnych. Choć wiele zmian uważa się dzisiaj za niepotrzebne czy wręcz szkodliwe (zwłaszcza dla historycznej tożsamości miasta), niektóre za zwyczajnie złośliwe (likwidacja Cesarskości kojarzącej się z niemieckim panowaniem na rzecz Grunwaldu, przypominającego o triumfie oręża polskiego nad niemieckim), to część z dokonanych była zupełnie oczywista i konieczna, także z dzisiejszego punktu widzenia. Nikt ówcześnie i nikt współcześnie nie wyobraża sobie, by jakakolwiek ulica Wrocławia mogła nazywać się ulicą Adolfa Hitlera. A istniała taka przed wojną. Część z nich ma zresztą krótką historię. Nadawano je od momentu dojścia do władzy hitlerowców, którzy chcieli rugować z historii Wrocławia, ale i całego Śląska wszystkie, obecne wciąż, pozostałości słowiańskości tych ziem. Bo takie, mimo wiekowego panowania żywiołu niemieckiego na tych ziemiach, wciąż funkcjonowały. Liczne miejscowości do lat 30 XX w. nosiły zniemczone, ale mimo tego wyraźnie polskie nazwy. Hitler tego stanu rzeczy tolerować nie chciał. Prawda historyczna musiała ustąpić przed ideologią narodowego socjalizmu. Ceną za to była repolonizacja wszystkiego co niemieckie po przegranej wojnie. Tak to często bywa, że głupie i złe pomysły mszczą się w dwójnasób. Oczywiście nie znaczy to, że niemieckie przegięcia w germanizacji wszystkiego co słowiańskie, po dojściu do władzy Hitlera, usprawiedliwiają późniejsze odbicie w drugą stronę komunistów, wieszczących wieczną przynależność Śląska do Polski. Kamienie przez wieki nie wołały wcale po polsku, a Śląska ziemia nie jęczała, udręczona pod niemieckim jarzmem. Mówiąc szczerze, pod tym panowaniem powodziło jej się całkiem nieźle. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia przedwojennego Wrocławia. Piękne miasto z imponującą architekturą. Bogate, dumne, pewne swego.

Zawsze polski Wrocław

Zwycięzców jednak nikt nie sądzi. Niemcy przegrali w sposób sromotny. Ich głupie decyzje doprowadziły poniekąd do ruiny stolicę Dolnego Śląska, a jej pozostałości zagospodarowywali nowi rządcy. Najwcześniejszym z nich był Bolesław Drobner. Ten przedwojenny polski socjalista został pierwszym powojennym prezydentem Wrocławia. Gwoli ścisłości trzeba poinformować, że mianowanie na urząd prezydenta otrzymał już w marcu (dokładnie 14 marca), gdy trwało jeszcze Festung Breslau. Rzeczywistą władzę w mieście objął dopiero w maju, po kapitulacji i zakończeniu działań wojennych. Jego rozporządzeniem przedwojenny Plac Zamkowy zmienił nazwę na znany nam do dziś Plac Wolności. Decyzja ta była podyktowana tym, iż na wspominanym placu 26 maja 1945 odbyć się miała defilada wojskowa połączona z obchodami zwycięstwa nad III Rzeszą. Nowe miano placu idealnie korespondowało z planowanymi uroczystościami. Prowizoryczna decyzja przetrwała próbę czasu i utrwaliła się nie tylko urzędowo, ale i w świadomości wrocławian. Nie można jej też nazwać kontrowersyjną. Ot była potrzeba, to znalazł się plac Wolności. Nazwa dobra jak każda.

Kolejne zmiany, dokonywane były już przez Komisję do Zmian Nazw Ulic, powołaną przez Zarząd Miasta latem 1945 roku. Nie posiadała ona żadnych wytycznych, przepisów, którymi powinna się kierować. Te zostały przygotowane dopiero dwa lata później, na zlecenie prezydenta RP. Jak to często bywa przepisy nie nadążały za życiem, gdyż w 1947 roku większość ulic Wrocławia miała już nowe, polskie nazwy. Rodzi się pytanie: czym w takim razie kierował się nowo powołany urząd? Przede wszystkim – zdrowym rozsądkiem. Jak pisaliśmy wyżej, te nazwy, które nie niosły ze sobą niemieckości zwyczajnie przetłumaczono (niekiedy nieznacznie zmieniając). Niemiecki Ring to polski rynek, a niemiecki Neumarkt, to polski Nowy Targ. Tego typu lokalizacje, pozwalające na dosłowne tłumaczenie, przemianować było najprościej. Ulice, których nazwa pochodziła od nazwy jakiejś miejscowości traktowano dwojako. Świdnicka, Opolska, Grabiszyńska. Nosiły identyczne miano zarówno przed wojną jak i po niej. Zdecydowano się na to ponieważ czerpią nazwę z miejscowości położonych na tzw. ziemiach odzyskanych. Podobnie jak Wrocław, Świdnica czy Opole przeszły z rąk niemieckich do polskich. Władze uznały, że te nazwy można zachować w oryginalnym brzmieniu, a tłumaczenie będzie wystarczającą zmianą. Jednakże miejscowości, od których nazwy nosiły inne ulice, a które pozostały w granicach Niemiec zmieniono. Przedwojenna Frankfurter Strasse (czyli ulica Frankfurcka) stała się ulicą Legnicką, od leżącej na Dolnym Śląsku Legnicy.

Zdarzały się też liczne nieporozumienia. Władze miasta zdecydowały się nazwać przedwojenną Guntherstrasse ulicą Chłodną, ale stacjonujące przy niej oddziały wojskowe nazywały ją ul. Saperów. Okoliczni mieszkańcy powszechnie korzystali z wojskowej nomenklatury i by uniknąć nieścisłości rajscy miejscy postanowili oficjalne przemianować Chłodną na Saperów.

Chociaż zwyczajowo nie nadawano ulicom nazwisk osób żyjących, to robiono od tej reguły wyjątki. Sztandarowych przykładów takiej decyzji było nazwanie przedwojennej Matthiasstrasse ulicą Józefa Stalina. Jedna z głównych arterii Wrocławia, przy której znajdowały się budynki administracji oraz partii. Smutną ironią losu jest to, że chociaż znikł z nazewnictwa dolnośląskiej stolicy zbrodniarz Hitler, to jego miejsce zajął zbrodniarz Stalin. Na szczęście i on nie ma już we Wrocławiu swojej ulicy.

Komisja, w których przypadkach kierowała się taktyką polskich substytutów. Jeśli ulica nazywała się od jakiegoś niemieckiego bohatera narodowego, starano się zastąpić go odpowiednio wielkim polskim odpowiednikiem. Analogicznie było z pisarzami, politykami, władcami czy nawet wydarzeniami. Genialnego kanclerza Bismarcka zastąpił nie mniej genialny król Bolesław Chrobry. Dowódca niemiecki spod Waterloo von Blucher ustąpił miejsca napoleońskiemu marszałkowi ks. Poniatowskiemu. Strasse der SA przemianowany na Powstańców Śląskich, a wspominana wyżej Cesarska czyli Kaiserstrasse nazywała się odtąd Placem Grunwaldzkim. Gdy przyszło wyrugować Adolfa Hitlera włodarze chwilę się zastanawiali. Tutaj nie można było zastosować żadnego odpowiednika, bo kto by nim nie był – mógłby się poczuć urażony. Rozważano różne koncepcje, ale w końcu zdecydowano się zastąpić zbrodniarza poetą. Kanclerz ustąpił miejsca naszemu wieszczowi narodowemu. W taki sposób Adam Mickiewicz otrzymał swoją ulicę w dawnym Breslau.

Pisaliśmy już o biednym Gutenbergu, który przyniósł ludzkości wiele dobrego, a nic złego nie uczynił. Musiał jednak zniknąć w imię walki z niemczyzną i o polskość nowych ziem. Jego los podzieliły takie tuzy jak Bach, Mozart, Kant czy Schiller. Wszyscy mieli i mają ogromne zasługi dla sztuki nie tylko niemieckiej, ale i światowej. Wszyscy mieli też nieszczęście być Niemcami, co skutkowało wyrugowaniem ich nazwisk z wrocławskiej toponimii. Oddać należy decydentom, że choć Gutenberga ulicy pozbawili, to jej obecna nazwa nie jest całkiem oderwana od dziejów tego człowieka. Jej mieszkańcy mają dziś w dowodach wpisaną ulicę Drukarską.

Ku chwale towarzyszy, partii i klasy pracującej

Wrocław dochodził do siebie po ostatniej wojnie. Sprzątano morze gruzów, budowano nowe domy, mieszkańcy wciąż napływali, a prawie wszystkie drogi dostały polskie nazwy do wiosny 1946 roku. Niektóre z nich nie cieszyły się jednak długo nowymi mianami. Za kolejnymi zmianami polityczny szła zawsze jakaś ideologia, a w jej imię rugowano pewne postaci czy zjawiska z przestrzeni publicznej, by na ich miejsce wprowadzić nowe.

Tak więc, gdy komuniści nieco okrzepli wiele dopiero co nazwanych ulic znów przemianowano. W imię jedynej słusznej linii, którą podążała jedyna słuszna partia. Ogrodowa stała się Świerczewskiego (o niej był nasz poprzedni wpis, dziś nosi imię Piłsudskiego), Placem Strzeleckim zaczął rządzić Karol Marks, Placem Legnickim Fryderyk Engels, a Plac Słoneczny miał być znany jako Plac PKWN. Ulica znana od średniowiecza jako Świdnicka straciła swoje historyczne imię z powodu siódmej rocznicy zwycięstwa pod Stalingradem. Nie trudno się domyślić jej nowej nazwy – Stalingradzkiej. Jako, że między komunistyczną Polską i Związkiem Radzieckim kwitła braterska przyjaźń jej ofiarą musiała paść ulica Wałbrzyska odtąd zwana ulicą Przyjaźni Polsko – Radzieckiej. Dopóki żył i rządził Stalin sowietyzacja nazewnictwa postępowała. Już nie polskość tych ziem była ważna. Teraz liczył się socjalizm, komunizm i partia. Komuniści podobnie jak hitlerowcy w latach 30 – stych podporządkowywali wszystko swojej ideologi. Ulice od wieków nazywane tak samo traciły swoją historyczną tożsamość w imię proletariatu. Muchobór Wielki został obdarzony licznymi arteriami, których nazwy nawiązywały do licznych narodów Związku Radzieckiego. Na Klecinie królowały ulice z patronami w postaci wielkich miast znajdujących się na terytorium sowieckim. Wyjątkiem był Lenin, który swojej ulicy we Wrocławiu się nie doczekał. Jego ofiarą miała paść Nowowiejska, ale na szczęście uniknęła tego wątpliwego zaszczytu.

Początek końca

Wiatr historii wieje kędy chce. Stalin choć miał w swoim ręku niezmierzoną potęgę, jak każdy człowiek okazał się śmiertelny. Destalinizacja w sowietach przyniosło także odwilż w krajach satelickich. Wrocławski magistrat czując, w którą stronę zmierza partyjny trend ponownie zajął się nazewnictwem ulic. Stalina zastąpiła ul. Jedności Narodowej, Stalingradzka poszła precz i powróciła wiekowa Świdnicka, a Stalingrodzka od teraz nazywana była Katowicką.

Kolejnym ciężkim okresem (jak się później okazało już ostatnim, a doprowadzającym do ich zgonu) dla komunistów okazał się karnawał Solidarności. By udobruchać wzburzone tłumy, odpowiednie władze zaproponowały nawiązać w nazewnictwie do ostatnich wydarzeń i ruchu związkowego jako takiego. Pojawiły się propozycje al. Solidarności, ul. Stoczniowców Gdańskich, plac Katedralny miał nosić imię prymasa Wyszyńskiego, ul. Młodej Gwardii zmieniła patrona na Ignacego Paderewskiego. Mieszkańcy Wrocławia nie pozostawali bierni. Chociaż propozycje zmian nadchodziły z góry, to również w drugą stronę wędrowały liczne petycje w sprawie nowych nazw ulic. Wielu wrocławian chciało uhonorowania do tej pory zapomnianych bądź zakazanych nazwisk. Wśród nich przodował Piłsudski. To ostatnie nazwisko było rządzącemu aparatowi partyjnemu szczególnie nie w smak. Mimo tego, u schyłku starego ustroju, bo w 1989, marszałek otrzymał plac swojego imienia. W tym też okresie ul. Armii Czerwonej stała się ul. Armii Ludowej, a plac Feliksa Dzierżyńskiego stał się placem Dominikańskim. Nie wszędzie jednak decydowano się na zmiany. Mimo nacisków społecznych plac Czerwony pozostał placem Czerwonym jeszcze długi czas, nawet w wolnej Polsce. Włodarze miasta argumentowali, że jego nazwa nie ma nic wspólnego z komunizmem.

Przyszło nowe

Gdy upadł jedyny słuszny ustrój (to rzecz jasna ironia), upadła także związana z nim nierozerwalnie ideologia. Nowe władze miejskie uznały rewizję nazewnictwa urbanistycznego za jeden z priorytetów (zaraz za zmianą herbu). Przygotowano listę ulic, które na pewno należało przemianować (Engelsa, PKWN). Nad innymi dyskutowano (Drobnera, Dubois, Jedności Narodowej). Tutaj ciekawostka! Były także takie, które wzbudzały wątpliwości z rzadko spotykanego powodu. Mianowicie – nikt nie wiedział kim jest człowiek będący ich patronem (ul. Zygmunta Markowskiego, ul. Braci Steczyńskich, Tadeusza Ślęzaka). Ostatecznie do zmiany zakwalifikowano 75 wrocławskich ulic. Wszystkie propozycje podano w regionalnej prasie. Dzięki temu publicznemu ogłoszeniu udało się ustalić tożsamość Zygmunta Markowskiego (zasłużony pracownik Akademii Rolniczej). Niestety tylko jego. Pozostali patroni, których zasług nie znano, jak byli, tak pozostali tajemniczy. I to mimo ogromnej nagrody jaką za podanie ich personaliów gwarantował „Dziennik Dolnośląski” (500 tys. złotych!). W ramach kolejnej ciekawostki, tym razem śmiesznej. Jakiś żartowniś rzucił pomysłem, by ulicę Armii Radzieckiej nazwać ulicą Sezamkową. Skojarzenia z Muppetami nieprzypadkowe.

Epopeja zmian dobiegła końca w 1992 roku. Od tego czasu większość ulic nazywa się tak samo po dziś dzień. Oczywiście miasto nie jest czymś zastałym. To żywy organizm. Wciąż pojawiają się głosy, aby pozostałe po poprzednim ustroju resztki nazewnictwa zmienić. Niektóre bowiem przetrwały dla wygodny mieszkańców. Jeśli nie były szczególnie rażące pozostawiano je, by nie zmuszać mieszkających przy takiej ulicy wrocławian do wymiany dokumentów. Cały czas pojawiają się także nowe ulice. Wrocław w ostatnich latach mocno się rozbudowuje. Nowe osiedla mieszkaniowe, nowe inwestycje, nowe obiekty sportu czy handlu. Wszystko to leży przy jakichś ulicach. Część, co oczywiste, przy istniejących. Wiele jednak powstaje na surowym pniu. Wymaga to nieustannej inwencji od decydentów. W końcu to przy jakiej ulicy mieszkamy ma znaczenie. Nikt z nas nie chciałby mieszkać przy ul. Hitlera czy Stalina. Wielu z kolei, wiele by dało by móc mieszkań przy ul. Świdnickiej czy ul. Szewskiej. Historia miasta jest nierozerwalnie związana z nazewnictwem w jego granicach. Te nazwy mówią nam o jego dziejach, przynależności terytorialnej, kulturowej, religijnej. Imię to ważna rzecz. Dla nas jako ludzi. Dla miasta też. Historia imion wrocławskich arterii jest niezwykle ciekawa. Jak całe to miasto stu mostów. Wiele takich ciekawostek wciąż czeka, by ujrzeć światło dzienne. Słuchajcie.. opowiemy wam je wszystkie.