Miasto Stu Mostów

Wrocław nazywany jest miastem stu mostów. Stolica Dolnego Śląska jest nierozerwalnie związana z rzeką Odrą, przy której przed setkami lat przycupnęła i rozwijała się w wielkie miasto. Odra okazała się dobrą piastunką. Chociaż w wielu miejscach (wraz ze swymi licznymi odnogami i dopływami) przecina Wrocław, a niekiedy sprowadza na niego niemal zagładę (w postaci powodzi), to właśnie ona pozwoliła mu rozkwitnąć. Była (i wciąż jest) szlakiem handlowym umożliwiającym Wrocławiowi przynależność do ligi hanzeatyckiej, skupiającej największe ośrodki wymiany towarów w Europie. Dostarczała rozrastającemu się miastu wody koniecznej do życia jego mieszkańcom i sprawnego funkcjonowania wszystkich wyobrażalnych obszarów. Spełniała jeszcze wiele innych funkcji. Nie bez powodu wiele wielkich miast zakładano nad rzekami. Były one (i wciąż są) konieczne dla rozwoju prawdziwych aglomeracji. Ale wielkie rzeki dostarczają też pewnych niedogodności. Wspomnieliśmy już o powodziach. Te jednak zdarzają się z rzadka. Jest większa bolączka. Rzeka ma to do siebie, że dzieli. Obszar miasta, wsi, gruntu. Wszystko przez co przepływa automatycznie znajduje się po jej prawej bądź lewej stronie. A gdy miasto się rozrasta tworzy się nam prawo i lewobrzeżny ośrodek miejski. Żeby temu zapobiec oba brzegi trzeba ze sobą połączyć. Takim zwornikiem były i nadal są mosty. Rzecz jasna istnieją także tunele, dzięki którym możemy się przeprawić pod korytem rzeki czy promy, na pokładzie których pokonamy rzekę wpław. Pierwsze są jednak niezwykle kosztowne w budowie, a drugie mają znacząco ograniczoną przepustowość. Dlatego w krajobrazie nadrzecznych miast wciąż niepodzielnie królują mosty. Wrocław jest miastem poszatkowanym przez liczne cieki wodne w stopniu rzadko spotykanym. Przywołane na początku, a używane w stosunku do niego określenie – miasto stu mostów – jest jak najbardziej adekwatne. Jednakże spośród wszystkich przepraw nad Odrą szczególnie jedna warta jest osobnego opisu. Chodzi rzecz jasna o most Grunwaldzki.

Powstanie

Budowany był przez bite dwa lata. Zaprojektował go sam Richard Plüddemann (architekt miejski i twórca wielu charakterystycznych, do dziś zdobiących Wrocław budynków). Pochłonął tysiące ton stali, granitu, niezliczone morze potu, a czasem pewnie także krwi i łez pracujących przy jego budowie robotników. Z dumą nosił tytuł „Cesarskiego”. Był ogromną inwestycją nawet dla tak wspaniałego i bogatego miasta jak przedwojenne Breslau. Najlepiej obrazuje to koszt jego budowy, który wyniósł 3 miliony 700 tysięcy marek. By dopełnić wrażenia przytoczmy wypowiedź pani profesor Teresy Kulak, historyk Uniwersytetu Wrocławskiego, która informuje, że w tamtych czasach, za jedną markę można było zjeść syty, dwudaniowy obiad w dobrej knajpie położonej w samym rynku. Już w początkach XX w. mógł się więc Wrocław pochwalić wielkimi inwestycjami. Most Cesarski ostatecznie połączył dwa brzegi Odry w 1910. Na jego otwarcie, 10 października 1910 roku, przybył sam, nomen omen, cesarz. Wilhelm II jako król Prus i cesarz Rzeszy Niemieckiej uświetnił to wydarzenie swoją osobą. Ale fakt, że władca jednego z najpotężniejszych (o ile nie najpotężniejszego w tamtym czasie) krajów europejskich osobiście fatygował się na otwarcie mostu i zgodził się, by ten nosił miano „Cesarskiego” świadczy o tym jak wspaniałym osiągnięciem ludzkiej myśli technologicznej był ów most. Dumnie wiszący nad wartkim nurtem wielkiej rzeki, nie tylko umożliwiał przeprawę suchą stopą z jednego na drugi brzeg, ale także ubogacał swoim wyglądem okolicę. Trzeba to stwierdzić wprost – most Cesarski/Grunwaldzki był (i jest nadal) jedną z najpiękniejszych tego typu konstrukcji. Jest zarówno funkcjonalny jak i atrakcyjny wizualnie. Doskonałe połączenie. Jego wieże przypominają nieco baszty średniowiecznych zamków, pnąc się wysoko w górę, zdobione herbami miasta. Przęsła podtrzymujące jego wielkie cielsko dodają mu powagi i majestatu. Miliony nitów zespalają tego kolosa w jedną, zachwycającą całość.

Trzech Imion

Rozpoczął życie jako Most Cesarski w 1910. Cztery lata później, w 1914, rozbrzmiały pierwsze salwy Wielkiej Wojny. Przez 4 lata miliony żołnierzy walczyło ze sobą na śmierć i życie w bezsensownej wojnie, która nikomu do niczego nie była potrzebna. Młodzi chłopcy pełni marzeń żegnali się z nimi w zniszczonych ostrzałem artyleryjskim polach walk, w błocie i brudzie, głodni i wymizerowani. Oddawali życie w imię idei, której często nie rozumieli, a która de facto była bezsensownym zwarciem o dominację w Europie. Dominację, której jak pokazały wieki historii, nie dało się zdobyć, a już na pewno utrzymać w dłuższej perspektywie czasowej. Gdy wraz z końcem I Wojny Światowej upadło Cesarstwo Niemieckie, postanowiono przemianować chlubę Wrocławia. Od 1918 nazywał się mostem Wolności. Krótko jednak nosił to piękne miano. Gdy do władzy doszedł niejaki kanclerz Hitler, postanowił przywrócić mu miano Cesarskiego. Choć Hitler osobiście był socjalistą i do monarchii miał stosunek raczej niechętny, to stare nazewnictwo miało przypominać o potędze przedwojennych (przed pierwszowojennych) Niemiec gnębionych szkodliwymi traktatami pokojowymi, które były one zmuszone podpisać po przegranej Wielkiej Wojnie. Przynajmniej tak uważał twórca III Rzeszy. Wiemy jakie były dalsze losy tegoż kanclerza. Kolejna wojna światowa, kolejne miliony ofiar, kolejna przegrana. Breslau stał się Wrocławiem, a most nie mógł się dłużej nazywać Cesarskim. W końcu to cesarstwo (w postaci królów pruskich) było jednym z rozbiorców dawnej Rzeczypospolitej. W kontrze nadano mu imię Grunwaldzkiego. Most wzniesiony przez Niemców, za niemieckie marki miał odtąd nosić imię od bitwy, w której niemieckie oręże doznało druzgocącej klęski z rąk polskiego rycerstwa. Historia potrafi być ironicznie złośliwa.

Wszystko się zmienia, most stoi

Most ucierpiał w trakcie drugiej wojny. Był jednak zbyt ważnym ciągiem komunikacyjnym aby pozostawić go bez naprawy. Nowi właściciele miasta prędko się jej podjęli i w krótkim czasie odzyskał on pełną funkcjonalność. Wygląda nieco inaczej niż przed wojną. Brak niektórych płaskorzeźb, wcześniej zdobiących jego filary, nie uświadczymy też hełmów na najwyższych pylonach. Są to jednak drobne braki. Bez trudu rozpoznamy go na przedwojennych fotografiach. I to zarówno tych z przed pierwszej jak i drugiej wojny światowej. Zmieniło się w tym czasie prawie wszystko. Miały miejsce dwie wojny światowe, upadło cesarstwo, powstał i upadł totalitaryzm hitlerowski, odbył się Festung Breslau, który doprowadził do wyburzenia większości otaczających most budynków. Most kilkukrotnie zmienił swoją nazwę. Więcej. Leży dziś w innym państwie, o innym ustroju niż to, w którym powstawał. W kolejnym stuleciu, a nawet tysiącleciu, wciąż służy ludziom pragnącym przedostać się z jednego na drugi brzeg Odry. Wszystko się zmieniło, ale nie on. Dzień w dzień tysiące ludzi pokonują go, by dotrzeć do celu, albo wrócić do domu. I wciąż równie majestatyczny jak na początku. Rzucił wyzwanie wielkiej rzece, a ona żyje z nim w symbiozie. Razem stali się symbolami miasta. Oby trwali kolejne wieki.