Obrona Wrocławia podczas II Wojny Światowej była tragiczna nie tylko dla ludzi. Ofiarą natarcia Armii Czerwonej padło całe miasto, a więc jego mieszkańcy, jego budynki oraz… ZOO. Wyrok na zwierzętach zamieszkałych ogród zoologiczny, będący uprzednio chwałą Breslau, wykonali sami Niemcy.

Do 1944 roku życie ogrodu zoologicznego, jak i całego miasta, toczyło się w miarę normalnie. Chociaż gospodarka III Rzeszy była nastawiona na tory wojenne, a z frontu nadpływały raczej niepomyślne wieści to wrocławianie starali się żyć tak jak przed wojną. Zwierzęta także nie przejmowały się nadciągającą apokalipsą. Jest w tym pewna złośliwość losu, że właśnie w ’44 wiele z nich wydało na świat długo oczekiwane potomstwo. Tyle lat starań o dorobienie się swojego przychówku, niespotykane urodziny w ZOO, wielka radość i wszystko to w przeddzień końca.

Gości było mniej, niektórzy pracownicy walczyli na obu frontach, brakowało wielu artykułów i sprzętów, ale poza tym lato tego roku upłynęło jak wszystkie poprzednie. Po lecie nadeszła jesień. Wraz z nią – zagłada. Pierwsza bomba spadła na budynek kasy. 7 października 1944 roku.

Dyrekcja i pracownicy schronili się w schronie za małpiarnią. Mieli jednak świadomość, że aktualnie kłopoty nie są przejściowe. Doskonale zdawali sobie sprawę z beznadziejnej sytuacji swojego państwa. Niemcy byli zmęczeni. 6 lat walczyli na wielu frontach. Brakowało im już wszystkiego, na czele z nowymi rekrutami. Obrońców rekrutowano często spośród dzieci. Naprzeciw siebie mieli wielkie i doskonale wyposażone armie: radziecką na wschodzie i alianckie na zachodzie. Nie było nadziei na przetrwanie tego oblężenia, wyprowadzenie kontrataku i powrotu do normalności. Jedyna na co można było liczyć to łaska zwycięzców.

Dyrektor ZOO, Martin Schlott, żył nadzieją, że być może zwierzęta uda się wywieźć wagonami kolejowymi w głąb Rzeszy. Chciał ratować swoich podopiecznych. Wiedział, że nie mogą tu zostać. Władze miasta obawiały się, że drapieżniki mogą uciec i zacząć stanowić zagrożenie dla mieszkańców. Władze ZOO wiedziały, iż prędzej czy później zabraknie dla nich karmy i zaczną głodować skoro jedzenia brakowało nawet dla ludzi.

Nadzieja Schlotta prędko jednak umarła. Okazało się, że brakuje pociągów, by wywieźć masowo uciekających z oblężonego miasta ludzi. W takiej sytuacji nikt nie przejmował się zwierzętami.

W połowie lutego 1945 roku nadszedł z dowództwa Festung Breslau rozkaz. Wszystkie większe czy niebezpieczne zwierzęta mają zostać zlikwidowane. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym człowiekiem żeby zasmucić się nad tym wydarzeniem. Opiekunowie, którzy z troską od lat zajmowali się zwierzętami zostali postawieni przed faktem dokonanym. Zwierzęta mają umrzeć. Nie ma wyjścia. I to dosłownie. W lutym 1945 miasto jest okrążone z każdej strony, a pierścień oblężenia systematyczne i z żelazną konsekwencją się zaciska. Niewielu przejmuje się zwierzętami, gdy co dnia giną dziesiątki ludzi.

Nie wiadomo kiedy dokładnie przybył oddział likwidatorów. Metodycznie zagroda po zagrodzie, gatunek po gatunku, likwidowali wszystkie potencjalnie niebezpieczne drapieżniki. Dyrektor i pracownicy płakali patrząc jak wiele lat ich pracy i starań, zwierzęta, które tak bardzo lubili padają pod gradem karabinowych pocisków. Niedźwiedzie, wilki na końcu słonie. Wychodziły ufne, przyzwyczajone do ludzi. Po pierwszych strzałach wpadały w panikę. Niektóre próbowały się kryć. Żołnierze kusili je do wyjścia z nory różnymi smakołykami. Gdy się wychylały dzieliły los tych, które były już martwe.

Zima w pełni, wojna u bram, brak czegokolwiek. ZOO cierpiało tak jak cały Wrocław. Poszczególne budynki waliły się pod gradem bomb, zwierzęta zmęczone, głodne i niewyspane podobnie jak ludzie wpadały w panikę i masowo zdychały nawet jeśli nie były przeznaczone do likwidacji.

Twierdza Wrocław padła w maju. ZOO przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy, nosząc te same rany co Breslau. Z dumy stolicy Dolnego Śląska stało się cieniem i ledwo wspomnieniem dawnych lat świetności. Z ponad 2000 zwierząt wojnę przeżyło 200. Miejsce Niemców zajęli czerwonoarmiści. Mordowali niektóre zwierzęta dla zabawy, ale z reguły nie interesowali się losami ogrodu. Na początku czerwca do Wrocławia zjechali przedstawiciele polskich ogrodów zoologicznych, by zabrać do siebie ocalałe zwierzęta. ZOO w grodzie nad Odrą nie nadawało się aktualnie do użytku.

Dawni pracownicy wyjeżdżali powoli do Niemiec. Schlott w marcu 1946 roku udał się do Wuppertalu. Został tam dyrektorem miejscowego ogrodu zoologicznego. Zmarł 1950 roku na zawał. Miał 58 lat.

Nowy, polski dyrektor przyjechał z Krakowa. Karol Łukaszewicz został poproszony o objęcie tej funkcji przez decydentów z Uniwersytetu Wrocławskiego. Uczelnia ma ogromne zasługi przy odbudowie wrocławskiego zwierzyńca. Jej naukowcy dostrzegli szansę, by przy okazji Wystawy Ziem Odzyskanych odbudować ogród. Miał nie tylko służyć mieszkańcom, ale też stać się ośrodkiem badawczym. Komunistyczne władze zapaliły się do tego pomysłu i odbudowa ruszyła.

Nie wszystko szło jak po maśle. Chociaż powojenne realia nie były sielankowe to odbudowa budynków okazała się najprostsza. Najwięcej trudu sprawiło odzyskanie zwierząt, które w 1945 opuściły ZOO. Ze 167 zwierząt, które rozjechały się po Polsce powróciły jedynie 62. Szczególnie oporna okazała się dyrekcja łódzkiego ogrodu.

Mimo tego 18 lipca 1948 roku ZOO wrocławskie zostało uroczyście otwarte. Przez następne lata przybywało zwierząt, zmieniali się dyrektorzy. Ostatnia dekada to gwałtowna rozbudowa i modernizacja. Wrocławski zwierzyniec jest obecnie jednym z najbardziej okazałych i nowoczesnych tego obiektów w Polsce. Dość powiedzieć, że w 1948 okazów było 150 a w 2015 jest ich ponad 6000. Zwierzęta mogą spokojnie egzystować i cieszyć tłumy odwiedzających. W tym roku ma ich być ponad 1 000 000. Skazane na śmierć i zagładę ZOO powstało jak przysłowiowy feniks z popiołów. Oby już nigdy więcej nie musiało powtarzać tego wyczynu.