Choć plac Solny, jako jeden z niewielu tego typu placów, wygląda teraz podobnie jak przed wojną, to brakuje na nim jednego istotnego elementu. Chodzi o pomnik. Pomnik marszałka Gebharta Lebrechta von Blüchera. Nie stał on tam bez powodu. Również plac nie był Solnym, lecz placem marszałka Gebharta Lebrechta von Blüchera. I nazwa i pomnik przepadły w pomroce dziejów. W polskim Wrocławiu raczej nie mogły się ostać. Postać marszałka była bowiem ściśle związana z klęską Napoleona pod Waterloo, a cesarz francuzów cieszył się w naszym narodzie swojego rodzaju estymą i poważaniem. Nierozerwalnie związane z nim marzenia o Polsce wyswobodzonej spod zaborczego jarzma, przepadły wraz z jego osobą, gdy porażkę pod belgijskim miastem zadał mu nie kto inny jak Blücher właśnie. Nic dziwnego, że polskie władze w akcie sprawiedliwości dziejowej postanowiły wyrugować marszałka z placu Solnego.

Choć pomnik nie przetrwał, to tuż pod Wrocławiem, po dziś dzień, można oglądać mauzoleum rodu Blücherów, w którym spoczęły i długi czas znajdowały się doczesne szczątki wybitnego wojskowego. Zmarł on 12 września 1819 roku, w swoim majątku w podwrocławskich Krobielowicach. Właśnie w tej miejscowości cieszy oko rodzinny grobowiec znakomitej pruskiej familii. Przy drodze z Kątów Wrocławskich do wsi Gniechowice, na ostrym zakręcie wznosi się majestatyczny kawał granitu uformowane w wieżę na kwadratowej podstawie. W środku próżno szukać ludzkich zwłok. Majestat śmierci, tym razem, nie okazał się wystarczający, by uszanować wieczny spoczynek, ale o o tym za chwilę. Wszystkie trwałe elementy wnętrza (zewnętrza zresztą też) mauzoleum, które przedstawiały jakąkolwiek wartość, dawno zostały wyszabrowane. Sama budowla zachowała się jednak w zadziwiająco dobrym stanie i swoją obecnością krzyczy o dawnych dziejach Krobielowic.

Blücher nie był ich mieszkańcem zbyt długi czas. Pod Wrocław sprowadził się w 1814 roku. Już wtedy był znanym i szanowanym dowódcą wojskowym, a renoma ta uległa niepomiernemu wzrostowi, gdy w 1815 roku pruski marszałek wybitnie przyczynił się do pokonania boga wojny w bitwie pod Waterloo. Mimo, że mieszkał w Krobielowicach zaledwie 6 lat, to dobrze zapisał się w pamięci mieszkańców. Jego pałac był miejscem częstych zabaw, wystawnych przyjęć, polowań i bali na które ciągnęły znane osobistości z całego królestwa. Blücher był raczej wesołym człowiekiem i potrafił docenić udaną imprezę w dobrym towarzystwie. Nie stronił przy tym od alkoholu, który jeszcze bardziej rozochocał serca i umysły. Legenda podaje, że właśnie po jednym z tego typu przyjęć nieco podchmielony arystokrata wskoczył na konia, by odprowadzić swoich gości. Ten w pewnym momencie stanął dęba, a marszałek spadł i w wyniku tego nieszczęśliwego wypadku oddał ostatnie tchnienie. Mauzoleum stanąć miało w miejscu śmierci wybitnego wojskowego.

Jak to jednak bywa z legendami nie zawsze trzymają się faktów. Ta również. Prawda, że sędziwy, bo 77 letni, Blücher spadł z konia, ale nie odprowadzał wtedy gości, tylko wracał z sąsiedniej miejscowości i bynajmniej nie zginął na miejscu. Umarł kilka dni później, w swoim łóżku, w krobielowickim pałacu. Na łożu śmierci odwiedził go sam król Fryderyk Wilhelm III. W pogrzebie wzięło udział prawie 20 tysięcy ludzi – włącznie z królem i jego synami, generalicją, arystokracją i wszystkimi ważnymi osobistościami kraju.

Mauzoleum w Krobielowicach nie było pierwszym miejscem spoczynku wielkiego wodza. Były nim Wojkowice. Prędko jednak dawni kompani z czasów wojen uznali, że to niegodne tak wielkiej postaci miejsce. Wpadli oni na pomysł wystawienia mauzoleum. Losy tego budynku same w sobie są ciekawostką. W kamieniołomie, z położonej opodal Sobótki, wykuto jednolity blok granitu o wadze 600 ton. Okazało się jednak, że to zbyt wielki ciężar. Po 4 kilometrach zmagań z tą przeogromną bryłą kamienia zawezwana saperów, powierzając im zadanie rozsadzenia kolosa na dwie mniejsze części. Pięciu z nich odniosło drobne urazy przy próbie detonacji ładunków, a dwa mniejsze kawałki wciąż były za ciężkie do transportu. Pozostawiono je więc w spokoju. Leżały przez 20 lat i dopiero w 1853 zdecydowano się ponowić prace nad mauzoleum dla Blüchera. Tym razem wszystko poszło po myśli fundatorów. Zwłoki marszałka w miedzianej trumnie spoczęły w przygotowanym dla niego grobowcu. W uroczystości ponownego pochówku wziął udział kolejny król – Fryderyk Wilhelm IV. Obrazuje to duże znaczenie postaci marszałka dla historii i tożsamości Prus. W kolejnych lat do mauzoleum dobudowano rodzinny grobowiec, w którym złożono szczątki krewnych zwycięzcy Napoleona.

Przenosimy się znów do Wrocławia. Tam już wcześniej, bo w 1827 roku, na środku placu Solnego stanął okazały pomnik Blüchera. Zmieniono też nazwę placu. Korespondowała ona z wielkim monumentem w swoim centrum. W tej postaci plac Solny dotrwał do końca II wojny, która przyniosła kres nie tylko III Rzeszy, ale również wielu pozostałościom niemieckości we Wrocławiu. Plac Blüchera znów stał się placem Solnym, a w miejscu pomnika stoi fontanna.

Wspominaliśmy wyżej, że próżno szukać szczątków von Blüchera w krobielowickim mauzoleum. Tą wątpliwą „zasługę” możemy przypisać czerwonoarmistom, których po wojnie pełno było we Wrocławiu i okolicach. Jak to bywa wśród naszych wschodnich sąsiadów, nie próżnowali oni jeśli o spożycie wódki idzie. Po jednej z mocno zakrapianych imprez postanowili urozmaicić sobie czas. W tym celu wyciągnęli zwłoki marszałka z miedzianej trumny, za pomocą linki przyczepili je do motocykla i obwozili po okolicznych wsiach. Gdy zabawa się im znudziła zmasakrowane truchło porzucili pod najbliższym płotem. Nad tym co pozostało z doczesnych szczątków pogromcy Napoleona zlitował się proboszcz pobliskiej Sośnicy. Miał on zebrać ocalałe kości marszałka i wrzucić je do jednej z licznych trumien, zalegających w krypcie parafialnego kościoła, którego był gospodarzem. Los chciał, że litościwy ksiądz nie pozostawił zapisków świadczących o tym, którą trumnę wybrał. Może to i lepiej. Dość się już marszałek Blücher najeździł po śmierci. Niech czeka na zmartwychwstanie w ciszy podziemia, sośnickiej świątyni.