Z ziemi Saksońskiej do Wrocławskiej

Nasz tytułowy bohater jest jedną z najciekawszym postaci w długiej historii Wrocławia. Choć jego rodzina pochodziła z Bündingen w Saksonii, on całe swoje życie (zarówno osobiste jak i zawodowe) związał ze stolicą Śląska. Nie był szczególnie bogaty z urodzenia. W przeciwieństwie do swoich przodków nie chciał też parać się kupiectwem. Swoim fachem uczynił politykę lokalną, a ona pozwoliła mu awansować, aż na dwór cesarski.

Był niezwykle inteligentną i pojętną osobą, na dowód czego legitymował się dyplomem Uniwersytetu w Lipsku oraz pokaźnym majątkiem, do którego doszedł własnym staraniem. Nie brakowało mu także sprytu i bezwzględności. Mieszanka tych cech uczyniła go doskonałym politykiem. Czuł się jak ryba w wodzie w licznych intrygach politycznych, w które zamieszał się podczas swojego długiego i barwnego życia. I co najważniejsze – z większości z nich wychodził nie tyle nawet obronną ręką co wzmocniony i o jeszcze bardziej ugruntowanej pozycji.

U króla na weselu, przed królem i zamachem

Urodzony w 1485 roku Rybisch karierę polityczną rozpoczął od zostania radnym miejskim. W 1518 roku był reprezentantem patrycjatu miasta Wrocławia na uroczystych zaślubinach króla polskiego Zygmunta Starego z Boną Sforzą. Będąc protestantem nieustannie zabiegał o to, by wciąż mocne w początkach XVI wieku wpływy katolickie, konsekwentnie osłabiać. Swojej walki o to by Wrocław pozostawał miastem protestanckim nieomal nie przypłacił życiem. Gdy w 1522 rada miejska nakazała bernardynom opuścić miasto, Ci odwołali się od tej decyzji do króla Ludwika Jagiellończyka, który jako władca Czech i Węgier w tamtym czasie sprawował również rządy nad Śląskiem. Heinrich von Rybisch został wytypowany jako przedstawiciel wrocławskiego patrycjatu mający bronić stanowiska protestanckich władz miasta przed obliczem króla. Na Hradczanach, gdzie rezydował Ludwik Jagiellończyk, nie przyjęto go jednak zbyt życzliwie. Delikatnie mówiąc. Rada królewska składała się w zdecydowanej większości z katolików. Postanowili oni wynająć płatnego mordercę z zadaniem zlikwidowania Rybischa. Został on jednak ostrzeżony przez jednego z protestanckich członków dworu i uciekł z Pragi… w przebraniu kobiety. Jak podaje legenda informator nie chcąc łamać tajemnicy rady królewskiej, do której był zobowiązany, a na której postanowiono zgładzić wrocławskiego radnego, wpadł na pomysł, by nie mówić mu wprost o planowanym zamachu. Skorzystał z okazji i kiedy Rybisch spacerował po stolicy Czech, przechodząc po moście Karola, pragnący go ostrzec protestant głośno informował o zamachu liczne znajdujące się na moście.. posągi.

Wrocławskie zabytki i nabytki

Także kościół św. Elżbiety, zwany dzisiaj garnizonowym, przeszedł z rąk katolików w posiadanie protestantów za przyczyną bogatego patrycjusza będącego bohaterem naszego dzisiejszego wpisu. Jak podają przekazy Rybish miał grać w kości z mistrzem zakonu krzyżowców z czerwoną gwiazdą Erhardem Scultetusem i poszło mu na tyle dobrze, że 6 kwietnia 1525 kościół św. Elżbiety z katolickiego stał się protestanckim, a proboszcza zastąpił pastor Ambrosius Moiban. Nota bene był to pierwszy, uprzednio katolicki kościół, z licznych na ziemi Śląskiej, który zmienił wyznawców z katolików na ewangelików. Kilka lat po tej zmianie zawalił się fragment wieży. Katolicy twierdzili, że to kara boska. Protestanci argumentując, że nikomu nic się nie stało (zginął jedynie kot przygnieciony lecącymi z wysokości elementami budowli) zajmowali stanowisko analogiczne do katolickiego.

Jego ofiarą padło również dwunastowieczne opactwo benedyktynów św. Wincentego na Ołbinie (który był wtedy podwrocławską wsią). W 1529 roku rozpoczęto jego rozbiórkę, za którą intensywnie lobbował argumentując bezpieczeństwem Wrocławia. Był to okres wielkich sukcesów imperium osmańskiego i wielu podejrzewało, że stolica Śląska może być w niedługim czasie oblężona. Taki kompleks klasztorny w pobliżu murów miejskich byłby doskonałym przyczółkiem dla atakujących wojsk. Fragmenty rozebranego opactwa posłużyły do brukowania Nowego Targu czy budowania domów. W tym domu Rybischa, co niektórzy długo mu potem wypominali. Największym ocalałym fragmentem stał się portal. Możemy go do dziś podziwiać. Wmurowany jest w boczne wejście do kościoła św. Marii Magdaleny.

Jego długie i barwne życie przyniosło mu także zaszczytne i dochodowe stanowiska. Był rajcą, syndykiem wrocławskim, a wreszcie generalnym poborcą podatkowym dla całego Śląska i margrabstwa łużyckiego. Mimo, że przez całe życie walczył z katolicyzmem, jak na porządnego protestanta przystało, nie przeszkadzało mu to zupełnie służyć katolickiemu cesarzowi, co zaowocowało stanowiskiem cesarskiego radcy.

Niezbyt lubiany ale pamiętany

Von Rybisch jako osoba inteligentna był świadom niezbyt wielkiej popularności swojego fachu. Poborcy podatkowi nigdy nie cieszyli się poważaniem wśród zwykłych ludzi. By nieco złagodzić ten wizerunek postanowił zostać mecenasem. Sam sobie nadał tytuł Philocalos (miłośnik piękna) i przeznaczył część swojego wielkiego majątku na różnego rodzaju fundacje. Jak to bywa z ludźmi wybitnymi w parze z ich osiągnięciami idzie niekiedy pycha. Rybisch nie był wyjątkiem. W pobliżu rynku wybudował sobie niezwykle okazałą kamienicę pasującą bardziej do księcia niż miejskiego rajcy. Już to posunięcie przysporzyło mu wielu wrogów ale niezrażony tym rozkazał na frontonie budynku umieścić napis – „Bądź pobożny, bez zazdrości i nienawiści, tak więc zbuduj sobie lepszy, a mnie zostaw ten”. Jak zapewne się spodziewacie nie ułagodziło to społeczne niezadowolenia w ręcz jeszcze bardziej je podsyciło.

O ile społeczność Wrocławia była w stanie zaakceptować jego ziemski przepych, fakt, że poza granicami Wrocławia posiadał prywatne miasteczko z zamkiem, liczne posiadłości w mieście, zaszczyty, tytuły i przeróżnego rodzaju bogactwa o tyle nieakceptowalne okazało się jego popisywanie się splendorem nawet w życiu pozagrobowym. Granica została przekroczona gdy ufundował sam sobie, za życia, niezwykle okazały, przypominający królewski, nagrobek w Kościele św. Elżbiety. W 1539 nieznani sprawcy wysmarowali go smarem używanym w osiach wozów konnych. Biorąc pod uwagę poczucie własnej wartości Rybischa nie wzbudziło w nim to emocji większych niż chwilowe zdenerwowanie. Zapewne uznał, że sprawcami kierowały zwykła zawiść i zazdrość.

Jakby nie oceniać tej barwnej postaci trzeba mu oddać, że bez wątpienia przeszedł do historii. Choć okazała kamienica jego autorstwa została zniszczona podczas ostatniej wojny to odbudowana wciąż cieszy oczy. Lecz głównym pomnikiem jego chwały pozostał zachowany do dziś a wspominany w poprzednim akapicie nagrobek. Odnowiony z publicznych pieniędzy w ostatnich latach cieszy oczy zwiedzających bazylikę św. Elżbiety turystów. Zapewne, w zaświatach, cieszy również niepokornego rajce. Heinrich von Rybisch odszedł do wieczności w 1544 roku. Jego największym marzeniem było pewnie przejść do historii. Choć wielu o tym marzy niewielu się to udaje. Jemu się udało. Wrocław wciąż o nim pamięta.

 

Nagrobek Rybischa w kościele św. Elżbiety

Nagrobek Rybischa w kościele św. Elżbiety