Wrocław to miejsce przyjazne. Zarówno dla młodzieży jak i osób starszych. Dla tych co przyjeżdżają tu na wakacyjny wypoczynek jak i dla tych co szukają pracy oraz lepszego życia. Wrocław to miasto spotkań i nowoczesności, ale i wielkiej historii.

To także przestrzeń dla turystów, którzy przybywają do stolicy Dolnego Śląska na chwilę. Dłuższą bądź krótszą, ale tylko na jakiś czas. Dla nich ważne jest by zobaczyć, poczuć i zrozumieć jak najwięcej. A nasze miasto to nie jest byle co. Warto poświęcić mu wiele uwagi.

Czasem są to rzeczy duże, piękne i powszechnie znane. Rynek, Pergola, Hala Ludowa, Opera, Stare Miasto, Ostrów Tumski, ZOO. Czasem niezwykle zaskakujące.

O jednej z tych mniej znanych i „niezwykłych” napisała wrocławska Gazeta Wyborcza. Temat na tyle nas zainteresował i zadziwił, że nie moglibyśmy się nim z wami nie podzielić.

A chodzi o wrocławskie… szalety miejskie. Okazuje się bowiem, że żadne inne miasto nie tylko w Polsce ale całej Unii Europejskiej nie może się poszczycić podobną ilością publicznych toalet co gród nad Odrą. Państwo Małgorzata Kulik i Tomasz Żarnecki napisali książkę pod wiele mówiącym tytułem „Fontanny, muszle. Przewodnik po szaletach Wrocławia”. Na jej stronach przekonują, że historyczny system sanitarny, w dużej mierze stworzony jeszcze przez mieszkańców przedwojennego Breslau, mimo ogromnych wojennych zniszczeń miasta zachował się w bardzo dobrym stanie. Naliczyli oni blisko 30 publicznych „kibelków”, z których większość projektowana była na początku XX wieku przez architektów o uznanych w świecie nazwiskach.

Swoje zainteresowanie tą tematyką autorzy książki datują na ostatnie lata. Zaczęło się od luźnej rozmowy i żartów o załatwianiu potrzeb fizjologicznych poza domem. Potem było podyktowane ciekawością googlowanie. Gdy największa przeglądarka świata stwierdziła, że Wrocław jest pod tym względem wyjątkowy pani Małgorzata i pan Tomasz postanowili poodwiedzać osobiście zachowane toalety, porobić zdjęcia, porozmawiać z pracującymi w nich paniami. Te początkowo chętne gdy zauważyły, że są fotografowane i nagrywane dyktafonem reagowały raczej alergicznie i to mimo tego, iż autorzy posiadali od władz miasta zarządzających sanitariatami (ustną co prawda ale jednak) zgodę na zajmowanie się tym tematem.

W końcu udało się, jednak przełamać opór zarówno pań, jak i nielicznych panów parających się profesją utrzymywania miejskich szaletów w jako takim stanie i po kilku miesiącach pracy książka poświęcona historycznym wrocławskim sanitariatom była gotowa.

Jest z nią tylko jeden problem. Choć napisana jest w świetnym, zabawnym i błyskotliwym języku to tematyka jest tak wąska, że żaden wydawca nie chce zaryzykować i podjąć się jej druku a następnie sprzedaży. Uważamy, że to wielka strata bo Wrocław, miasto z 1000 letnią historią składa się nie tylko z rzeczy wielkich ale i tych małych. Na co dzień możemy je uważać za nieistotne. Ale spróbujcie powiedzieć panu (czy pani) raczącemu się w sobotni wieczór kilkoma piwami i wracającemu do domu, którego nagle przyszpiliło a nie ma się gdzie udać, że problem miejskich szaletów jest nieistotny. Będzie miał zdecydowanie inne zdanie.

P.S.

Cały wywiad z autorami przewodnika po wrocławskich szaletach znajdziecie państwo tutaj.